Nasza kolejna weekendowa przygoda przypomniała mi powrót do dzieciństwa, kiedy to każdego wieczoru zasiadałam przed telewizorem, by oglądnąć dobranockę przed zaśnięciem. Wyruszamy w kierunku smerfnej niebieskiej wioski, której produkcja, jak i sam autor wywodzi się ze znanej Brukseli - stolicy Belgii. Oprócz tego, pewnie każdy z Was kojarzy, że miasto jest główną siedzibą ONZ i Unii Europejskiej, a więc zaczynajmy...

Wylot z Wiednia do Brukseli odbył się o 18:15 w piątek na lotnisko Charleroi. Koszt lotu w obie strony z plecakiem w linii lotniczej Ryanair to 90€ od osoby. Do centrum miasta dostałyśmy się specjalnym autobusem flibco, znajdującym się zaraz przy opuszczeniu portu. Cena przejazdu to 14€ w jedną stronę. W Brukseli udałyśmy się do apartamentu Grand place apartment zarezerwowanym za pośrednictwem booking.com w kwocie 251€ za 2 doby dla 3 osób dorosłych plus jedno dziecko. Z czystym sercem mogę go Wam polecić, ponieważ był w pełni wyposażony i przystosowany dla dzieci. Następnego dnia wyruszyłyśmy na zwiedzanie miasta, pierwszym punktem wyprawy był La grand Place, obszar i główny rynek w prowincji, który powstał w 1348 roku. Na środku usytuowany jest Ratusz wybudowany w stylu gotyckim, muzeum piwa oraz Maison du Roi. Od 1998 roku plac został wpisany na światową listę dziedzictwa UNESCO. Na każdym rogu znajdziemy coś dla siebie w postaci małych punktów gastronomicznych. Wielu z Was kojarzy, że Belgia to kraj ziemniaków w postaci frytek z różnego rodzaju sosami. Warto też wiedzieć, że to stąd wywodzą się znakomite, puszyste gofry z owocami, frużeliną, polewami czy pyszną czekoladą. Nie zapominajmy o browarze, który możemy skonsumować w muzeum piwa, wstęp do środka to symboliczne 5€. Na miejscu poznamy historię powstania tego trunku, jak wygląda produkcja od środka i za pomocą jakich maszyn jest wytwarzany.
Kolejnym punktem przygody było muzeum smerfów, do którego pragnęłam iść najbardziej. Bilet kosztował 13€ od osoby, Nam udało się tam zajrzeć zaraz po otwarciu, więc ominęły Nas długie kolejki. Oprócz przepięknej wioski smerfów, biografii autora i osób, które udzieliły swojego głosu do prezentacji każdej postaci, mogłyśmy usiąść w małym kinie i oglądnąć kawałek smerfnego odcinka. Cały budynek to ponad 1300m2 wystawy odnawianej co 6 miesięcy. Nie tylko te niebieskie ludki Nas zaskoczyły, ale również Lucky Luke, Tintin czy Gaston. W budynku znajdziecie oryginalny sklep z pamiątkami, ale szczerze odradzam. Ceny są bardzo wysokie i zbyt mały wybór. Najlepiej maskotkę, breloczek czy inny upominek kupić w centrum metropolii.
Niedaleko smerfnego raju znajduję się Royal Gallery of Saint Hubert, jest to pasaż handlowy w którym można zakupić ekskluzywne belgijskie wytwory. Od czekoladek po wina, drogocenne zegarki, biżuterie czy firmowe ubrania. Nas zachwycił jednak obiekt, który przypominał galerię Wiktora Emanuela II z Mediolanu.
Przechadzając się uliczkami po wąskiej promenadzie Rue des Bouchers, słynącej z dużej ilości fantastycznych lokali gastronomicznych docieramy na poranną przekąskę do Bubble 8, gdzie moim wyborem jest kawa latte machiatto w cenie 3€ oraz gofer z truskawkami i bitą śmietaną, polany soczystą czekoladą za 6,70€. Było smacznie, jedyny minus to mało miejsca na konsumpcję.
Po krótkiej przerwie udajemy się do belgijskiego centrum komiksu z 1989 roku. Wstęp do środka to 12€ za osobę. Na miejscu poznamy historię tworzenia rysunków, co więcej okazało się że Belgia to kraj, który ma najwięcej twórców komiksów. Oprócz smerfnych opowieści, spotkamy, Lucky Luke, Tintina, Garfielda, Bob i Bobette, Gastona i wiele innych postaci z bajek.
Nasz dzień pełen wrażeń nie dobiegł jeszcze końca, następną atrakcją była Katedra świętego Michała i Guduli. Wybudowana w 1962 roku w stylu gotyckim pod patronatem świętego Michała.
Kolejnym punktem był Royal palace - pałac królewski, oficjalna siedziba króla i królowej, którzy przyjeżdżają tu sezonowo.
Wizytówką stolicy jest również słynny mammaken pis, pomnik przedstawiający sikającego chłopca. Legend na ten temat jest sporo i nikt nie potrafi określić, która należy do prawdziwych. Jedni uważają, że chłopczyk jest synem królewskim, który zaginął podczas polowania i został zauważony przez myśliwego podczas załatwiania potrzeby fizjologicznej. Inna historia wiąże się dzieckiem, które nasikało na podłożony przez najeźdźców ładunek pod mury miasta. Ciekawostką jest to, że figurka przyniesie Nam szczęście, jeśli dotkniemy jej prawego ramienia. Pomnik posiada aż 800 różnych strojów, które są wymieniane na daną przypadającą uroczystość. Strój krakowski również miał swój zaszczyt.
Ostatnim kierunkiem w sobotni wieczór była fabryka pralinek do której wstęp kosztuje 11€ od osoby. Belgia to jedno z miejsc w których czekolada to wizytówka państwa. Oprócz poznania historii powstania tego pysznego składnika, dowiemy się w jakim miejscu i za pomocą jakich sprzętów jest wytwarzana. Na osłodę będziemy mogli popróbować pralinek i zobaczyć na własne oczy jak są formowane do pudełka. Czy warto się tam wybrać, hmmm... są plusy i minusy, osobiście drugi raz bym się tam nie udała.
Następnego dnia kupiłyśmy bilet dzienny na komunikację miejską w cenie 8€ i wybrałyśmy się do parku Cinquantenaire. Obszar tego miejsca obejmuje 30 ha, a pośrodku niego stoi łuk triumfalny. Plac wykorzystywany jest do organizowania imprez i wydarzeń kulturalnych. Niedaleko usytuowane jest muzeum militarne, sztuki i historii.
Docieramy do kolejnego obszaru, jakim jest Narodowa Bazylika Najświętszego Serca, jedna z większych katedr w Europie. Powstała w 1880 roku na prośbę króla Leopolda II, jako hołd w 50 rocznicę odzyskania niepodległości.
Jedziemy dalej w kierunku kościoła Notre dame du sablon, który jest wykonany w stylu gotyckim, niestety nie udało Nam się zobaczyć jego wnętrza. Chwila przerwy na poranny posiłek w kawiarni Cafe du sablon w którym zamówiłam caffe latte w cenie 3,60€ i kawałek ciasta kruchego w kwocie 4€. Miejsce warte uwagi ze względu na pyszne posiłki oraz klimatyczny wystrój.
Ostatnim punktem Naszej weekendowej przygody był atomium - to model kryształu żelaza, wybudowany z okazji światowej wystawy, jako symbol osiągnięć technicznych w 1958 roku. Tak oto został w późniejszym czasie przetworzony w formie muzeum. Składa się z 9 kul w których znajdują się ruchome schody. Na samą górę możemy wyjechać windą i zobaczyć panoramę miasta. Dla fanatyków techniki też się coś znajdzie w postaci filmów wizualnych, czy urządzeń elektrycznych, bilet wstępu to cena 12€.
Powracamy na lotnisko w takim sam sposób jak się dostałyśmy. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, a Nam pozostają już tylko wspomnienia z tego miłego weekendu. Cóż mogę powiedzieć o Brukseli, na pewno każdy z Was coś znajdzie dla siebie, jak na miasto UE spodziewałam się bardziej zmodernizowanej centrum metropolii.
Jeśli chodzi o belgijską kuchnię to mnie zaskoczyła w pozytywny sposób. Zresztą sami się przekonajcie. Podsumowując koszty wyprawy na osobę to ok. 300€, a w tym: - nocleg: 251€ /3 osoby;
- loty: 90€ / osobę;
- transport z / do lotniska: 14€ x2 = 28€ / osobę;
- wyżywienie;
- atrakcje turystyczne: 13€ + 12€ + 11€ = 36€;
- pamiątki;
- komunikacja po mieście: 8€ / osobę;
Dziękuje za uwagę! ;)
Komentarze
Prześlij komentarz